Recenzja książki Patricka McGee „Apple w Chinach. Jak najwspanialsza firma na świecie dała się złapać w chińską pułapkę” (Wydawnictwo Prześwity, przeł. Marek Rostocki).
Książka Patricka McGee analizuje transfer zachodnich kompetencji produkcyjnych do Chin na przykładzie koncernu Apple. Autor dowodzi, że spółka przez dwie dekady z własnej woli prowadziła dla chińskiego przemysłu najskuteczniejszą szkołę zawodową w jego historii. Dla Polski, która coraz chętniej przyjmuje chińskie fabryki, wnioski wieloletniego korespondenta „Financial Times” są konkretną przestrogą.
Punktem wyjścia relacji jest rok 2010, gdy w Chinach działały zaledwie cztery sklepy Apple. Przed każdym z nich opłacani przez handlarzy ludzie wykupowali telefony w limicie dwóch sztuk do natychmiastowej odsprzedaży. Tymczasem produkcja firmy była już niemal w całości chińska. Około 2000 roku Apple wytwarzał urządzenia w dziewięciu państwach, dekadę później prawie wyłącznie w Chinach. Nie stała za tym jedna strategiczna decyzja w Cupertino, lecz tysiące zwykłych decyzji zakupowych.
Mechanizm transferu wiedzy produkcyjnej
Mimo braku własnych fabryk Apple zbudował - jak pisze McGee - „najbardziej zintegrowany pionowo system produkcyjny na świecie”. Inżynierowie koncernu projektowali linie montażowe w chińskich zakładach, a firma kupowała dostawcom obrabiarki. W zamian za marże bliskie zeru fabryki zyskiwały szkolenie na światowym poziomie. Według ustaleń autora przeszło przez nie 28-30 milionów ludzi. Apple wydawał w Chinach około 55 miliardów dolarów rocznie, co odpowiadało wieloletniemu budżetowi amerykańskiej ustawy CHIPS.
Większe znaczenie od patentów miała praktyczna wiedza: jak zorganizować produkcję i w kilka tygodni przestawić zakład na nowy model. Na podwykonawcach wyszkolonych przez Amerykanów wyrosły rodzime marki: Xiaomi, Oppo, Vivo oraz Huawei, które sprzedają dziś łącznie prawie dwa razy więcej smartfonów niż Apple. Kontrola eksportu okazuje się bezradna wobec kompetencji, które ludzie noszą w głowach.
Polityczne koszty uzależnienia produkcyjnego
Zależność produkcyjna wymusiła z czasem ustępstwa polityczne. Gdy w 2013 roku państwowa telewizja przez trzy tygodnie atakowała Apple, spółka zadeklarowała 275 miliardów dolarów inwestycji. Usunęła ze swojego sklepu aplikacje VPN i „New York Timesa” oraz ograniczyła funkcję AirDrop, z której korzystali protestujący. W Chinach nadal powstaje 90-95% produktów firmy. Zbyt szybkie wyjście z rynku zostanie ukarane przez Pekin, z kolei powolne wycofywanie grozi trwałym uwięzieniem koncernu w Chinach.
Ograniczenia wywodu i wnioski dla Polski
Teza autora jest przekonująca, choć McGee bywa skłonny przypisywać Apple zbyt wiele. Chiny realizowały własną strategię przemysłową i korzystały z tajwańskich podwykonawców na długo przed pojawieniem się iPhone'a. Część przytaczanych liczb to deklaracje polityczne oraz sumy narastające. Mimo to praca dostarcza najlepszego opisu drogi, którą zachodnia wiedza produkcyjna trafiała do Chin.
Dla Polski płynie stąd konkretne ostrzeżenie. Doświadczenie opisane przez McGee dowodzi, że liczą się nie miejsca pracy ogłaszane przy przecinaniu wstęgi, ale wiedza, która zostanie w kraju, kiedy inwestor odejdzie. Pekin pilnował tej zasady przez dwadzieścia lat i na tym wygrał. Osoby zajmujące się polityką przemysłową oraz Chinami powinny tę książkę przeczytać.





