Za nieuznawanymi granicami. Wywiad z Tomaszem Grzywaczewskim o życiu i polityce w tzw. państwach nieuznawanych.
Mają swoje flagi, granice, a nawet prezydentów, jednak formalnie nie istnieją. Jak funkcjonują tzw. państwa nieuznawane i dlaczego odgrywają tak ważną rolę w polityce Rosji?
O paradoksach ich istnienia, walce o niezależność oraz własnych doświadczeniach z podróży po Abchazji, Osetii Południowej i Naddniestrzu z Tomaszem Grzywaczewskim, dziennikarzem, reporterem, podróżnikiem oraz autorem książki „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych” rozmawia Patrycja Buchalik.
Patrycja Buchalik: Słowem wstępu. Czym w ogóle są państwa nieuznawane? Jak funkcjonują, skoro większość świata nie uznaje ich istnienia?
Tomasz Grzywaczewski: Stosuje się różne określenia: „państwa nieuznawane”, „państwa de facto”, „quasi-państwa” czy „parapaństwa”. Jednak tak naprawdę chodzi o podmioty, które faktycznie istnieją, mają swoje granice, parlamenty, prezydentów, wydają paszporty. Posiadają hymny, flagi i godła. Niektóre z nich mają nawet własne waluty, jak na przykład Naddniestrze, które posługuje się rublem naddniestrzańskim. Mają więc atrybuty niepodległego państwa, a mimo to pozbawione są pełnego uznania międzynarodowego.
Kto właściwie decyduje, czy taki podmiot jest państwem?
Nie ma tutaj jakiegoś mechanizmu głosowania, że, powiedzmy, 50 proc. plus jeden członek ONZ uzna jakieś państwo i jego niepodległość zostaje uznana. To tak nie działa. Dlatego są podmioty, które określa się mianem państw częściowo uznawanych.
Jest to taka szara strefa prawa międzynarodowego i globalnej polityki, więc sytuacja może być o tyle absurdalna, że z punktu widzenia Rosji Abchazja i Osetia Południowa są niepodległymi państwami, natomiast Kosowo państwem nie jest, ponieważ Rosja nie uznała jego niepodległości.
W takim razie jak to nazewnictwo działa w praktyce?
Miałem taką sytuację, kiedy próbowałem wjechać do Osetii Południowej. Wysłałem oficjalne pismo do tamtejszego MSZ z wnioskiem o pozwolenie na wjazd i dostałem odpowiedź negatywną.
Jeden z wysokich rangą urzędników Osetii Południowej odpowiedział, że obraziłem naród południowoosetyjski, ponieważ w swoim podaniu użyłem określenia, że zajmuję się „państwami nieuznawanymi”, a przecież Osetia Południowa jest państwem częściowo uznawanym. Według niego ja już samym tym pismem odmówiłem im uznania prawnomiędzynarodowego.
Może się wydawać, że to tylko kwestia nomenklatury, ale jak widać, rodzi to bardzo realne konsekwencje, z którymi sam się spotkałem.
Rozmawiamy o obszarze postsowieckim, ale to przecież szersze zjawisko?
Oczywiście. Mamy również takie twory poza tym obszarem. Przykładem jest Turecka Republika Cypru Północnego, która ogłosiła niepodległość w 1983 roku, w następstwie podziału wyspy w 1974 roku - to też jest państwo nieuznawane.
Czy na przykład Somaliland, który 26 grudnia 2025 roku został uznany przez Izrael za państwo. Paradoks polega na tym, że Somaliland, pomimo że jest państwem nieuznawanym, to w istocie jest zarządzany sprawniej i żyje się tam lepiej niż w samej uznawanej Somalii. Ma ona uznanie prawnomiędzynarodowe, ale tak naprawdę jest państwem upadłym. Możemy mieć również tego typu sytuacje, dosyć zadziwiające, kiedy państwo nieuznawane działa lepiej niż państwo uznawane.
Abchazja i Osetia Południowa to dwa separatystyczne regiony Gruzji. Abchazja leży nad Morzem Czarnym, natomiast Osetia Południowa znajduje się w głębi Kaukazu, przy granicy z Rosją. Oba te terytoria funkcjonują dziś poza kontrolą władz w Tbilisi. Jak wytyczono ich granice?
Granice postsowieckich quasi-państw zostały wyznaczone zgodnie z granicami dawnych jednostek administracyjnych Związku Sowieckiego. No więc tutaj, w pewnym sensie, zachowano tę zasadę, że dawne jednostki administracyjne stały się państwami nieuznawanymi.
Jak to wygląda w praktyce? Weźmy Abchazję: jakie ma znaczenie, z której strony wjeżdża się do Abchazji?
Słyszałem o takiej ciekawej sytuacji od Polaków, którzy mieli z tym problemy. Jeżeli ktoś wjedzie do Abchazji od strony Rosji, od strony Soczi, mówiąc krótko, to przekracza granicę rosyjsko-abchaską. A potem, kiedy będzie chciał wyjechać z Abchazji do Gruzji, może mieć poważny problem, ponieważ nie przejdzie żadnej gruzińskiej kontroli granicznej.
W związku z tym, kiedy pojawi się na gruzińskiej kontroli, czy to na lotnisku, czy na przykład przy wyjeździe do Armenii, może się okazać, że przebywa na terytorium Gruzji nielegalnie. Były przypadki Polaków, którzy zostali ukarani wysokimi grzywnami za nielegalne przekroczenie gruzińskiej granicy, właśnie wjeżdżając do Abchazji od strony Rosji.
No więc te granice są niby nieuznawane, ale w praktyce są jak najbardziej realne i mogą rodzić bardzo realne konsekwencje.
Jak w takim razie można dostać się do Osetii Południowej?
Tam sytuacja jest zupełnie inna, ponieważ od strony Gruzji w ogóle nie da się wjechać do Osetii Południowej. To jest w zasadzie taka linia rozgraniczenia, która przypomina ufortyfikowaną linię frontu. W związku z tym dla turystów jedyny wjazd do Osetii Południowej jest możliwy od strony Rosji. W mojej książce określiłem Osetię Południową jako taki nadmuchany balon, bo ma ona właśnie kształt takiego balonu, który jest całkowicie odcięty od Gruzji.
Przenieśmy się jeszcze do Naddniestrza, separatystycznego regionu Mołdawii, położonego przy granicy z Ukrainą, który również pozostaje pod silnym wpływem Rosji. Na tle Abchazji i Osetii Południowej wydaje się ono jednak znacznie bardziej dostępne dla przyjezdnych. Z czym wiąże się wjazd do Naddniestrza?
Do Naddniestrza wjazd jest zdecydowanie łatwiejszy, w ogóle nie trzeba mieć wizy. Tam rzeczywiście jest kontrola na granicy, ale przeprowadzają ją funkcjonariusze naddniestrzańscy, nie ma tam funkcjonariuszy rosyjskich.
Wjazd turystyczny do Naddniestrza nie jest szczególnym problemem. Oczywiście, będąc tam na miejscu, trzeba pamiętać, że jest to państwo kontrolowane przez Rosję. Działają tam miejscowe służby bezpieczeństwa, które do 2017 roku funkcjonowały pod nazwą KGB, a następnie zmieniły ją na Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego, czyli MGB. Zmieniła się nazwa, ale nie charakter tych służb. O tym trzeba pamiętać.
Mam taką śmieszną historię. Pojechaliśmy obserwować wybory w 2016 roku, jak Krasnosielski zaczynał swoją prezydenturę. Wtedy to była walka. Nie wiadomo było, kto zostanie prezydentem: czy Krasnosielski, czy Szewczuk - wcześniejszy prezydent.
W każdym razie pojechaliśmy. Przyjmował nas mieszkaniec Naddniestrza, który ma polskie korzenie. Był on wtedy opozycjonistą wobec Szewczuka. Wydawał gazetę, którą sam w całości pisał i sam drukował. Następnie rozwoził ją takim rozpadającym się zaporożcem, gdzie z tyłu była dziurawa kanapa cała wyłożona tymi gazetami. Przyjął on nas na swojej daczy. Tam nawet nie było dostępu do wody. Było tylko wino, w jakichś nieograniczonych zapasach. Powiedział nam, że agitował za Krasnosielskim, Szewczuk to w ogóle uzurpator.
No i w dniu wyborów mówi do nas: ,,Teraz jedziemy do lokali wyborczych. Będziemy obserwować wybory”. My na to: „Nie przeginamy pały?”. A on mówi: „Nie, spokojnie. Wszystko jest dogadane”.
Weszliśmy z kamerą do lokalu wyborczego. Filmowaliśmy ciężarówki dowożące żołnierzy, a potem żołnierzy idących do urn wyborczych.
Nagrywaliśmy z dwadzieścia minut. W końcu nasz gospodarz do nas podchodzi: „Chodźcie, chłopcy, musimy się szybko zbierać”.
I nas wyprowadził. Mówi: „Wiecie... KGB już po was jedzie. Musimy się ewakuować. Ja was zamykam, macie nie wychodzić z domu. Jak nasz prezydent wygra, to wszystko będzie w porządku. Jak nie wygra, to zobaczymy”.
W ogóle się okazało potem, że w prasie naddniestrzańskiej pojawiły się artykuły, że przyjechali polscy prowokatorzy z polskiej telewizji zakłócać przebieg wyborów. Poważnie. A my siedzieliśmy zamknięci na tej daczy, żeby KGB nas nie złapało.
No ale na szczęście wygrał ten jego kandydat, Krasnosielski. Wszystko się udało i spokojnie wyjechaliśmy.
Uff. Dziś ta historia brzmi zabawnie, chociaż domyślam się, że wtedy nie było panu zbytnio do śmiechu. A gdyby miał pan powtórzyć taką wyprawę dzisiaj? Już niedługo, w grudniu, dokładnie dziesięć lat po tamtych wydarzeniach, w Naddniestrzu mają odbyć się kolejne wybory prezydenckie. Zdecydowałby się pan ponownie pojechać tam jako dziennikarz?
Uważam, że dzisiaj bardziej niebezpieczny jest wjazd na Białoruś niż do Naddniestrza. Wydaje mi się, że władze naddniestrzańskie nie mają w tym momencie interesu w eskalowaniu konfliktów czy wywoływaniu skandali międzynarodowych.
Sprawczość Rosji jest jednak ograniczona. Przecież Rosja ma tam swoich żołnierzy, ale jej zdolność do projekcji siły w Naddniestrzu jest dziś mniejsza niż przed inwazją na Ukrainę.
Jednak miałem takie obawy. Nawet planowałem pojechać do Naddniestrza rok temu, ale ostatecznie się nie zdecydowałem. Uznałem, że ze względu na moją działalność jako dziennikarza wojennego w Ukrainie i otwartą krytykę Rosji taka podróż mogłaby być ryzykowna. W tego rodzaju autorytarnych reżimach, jeśli władze zechcą zatrzymać niewygodną osobę, odpowiedni paragraf zawsze się znajdzie.
Niemniej jednak Naddniestrze stara się przedstawiać jako miejsce przyjazne turystom i otwarte na zagranicznych gości.
A jak dziś wyglądają relacje Naddniestrza z Mołdawią, od której region ten oderwał się ponad 30 lat temu? Czy mimo tego podziału oba terytoria nadal są ze sobą powiązane?
Tak naprawdę Mołdawia coraz mocniej stara się wiązać Naddniestrze ekonomicznie i podatkowo z resztą swojego terytorium. To jest bardzo ciekawy proces, w którym Mołdawia przerzuciła ciężar prób reintegracji tego terytorium z narzędzi nacisku politycznego czy dyplomatycznego na nacisk gospodarczy.
Żeby pokazać kolejny poziom absurdalności tej sytuacji, to na przykład Sheriff Tyraspol, czyli drużyna naddniestrzańska, sponsorowana przez firmę Sheriff, która ma w Naddniestrzu właściwie wszystko: stacje benzynowe, sieć komórkową, sklepy i klub sportowy. Zbudowała też piękny stadion w Tyraspolu, naprawdę. I właśnie ta drużyna gra w lidze mołdawskiej. Zresztą były sytuacje, kiedy Sheriff Tyraspol wygrywał ligę mołdawską.
Kiszyniów potrafił nawet wykorzystywać to jako dźwignię nacisku na Naddniestrze. Kiedy chciał je docisnąć, groził, że wyrzuci Sheriffa Tyraspol z ligi mołdawskiej. Cytując klasyka, takie mołdawsko-naddniestrzańskie wojny futbolowe.
Jak ta zmiana wygląda w codziennym życiu mieszkańców?
Przede wszystkim dzisiaj sytuacja gospodarcza w Naddniestrzu jest zdecydowanie gorsza niż w samej Mołdawii, co powoduje, że bardzo wielu mieszkańców Naddniestrza pracuje w Mołdawii. Po prostu codziennie wsiadają w marszrutkę i jadą z Tyraspola do Kiszyniowa. Jeżeli spojrzymy na średnią pensję brutto, to w Mołdawii wynosiła ona około 840 euro. To też nie jest jakaś wielka kwota, bo Mołdawia jest jednym z najbiedniejszych państw Europy. Ale w Naddniestrzu ta średnia pensja wynosiła około 350 euro, czyli była ponad dwukrotnie niższa.
Warto pamiętać, że nie zawsze tak było. W latach dziewięćdziesiątych i jeszcze w latach dwutysięcznych Naddniestrze było bogatsze od Mołdawii. Państwo nieuznawane było bogatsze od swojego państwa macierzystego. Obecnie ta sytuacja uległa gwałtownej zmianie, w szczególności w związku ze wstrzymaniem dostaw gazu z Rosji. Od 1 stycznia 2025 roku, po wstrzymaniu dostaw rosyjskiego gazu, Naddniestrze pogrążyło się w dramatycznym kryzysie energetycznym, który doprowadził do paraliżu znacznej części gospodarki. Choć później udało się częściowo przywrócić dostawy gazu, kryzys obnażył skalę uzależnienia regionu od rosyjskich surowców.
Wróćmy jeszcze na Kaukaz. Mówiliśmy już o Abchazji i Osetii Południowej, które po rozpadzie Związku Sowieckiego znalazły się w podobnej sytuacji. Oba regiony oderwały się od Gruzji i pozostają silnie związane z Rosją. Mimo to Osetyjczycy i Abchazowie mają różne aspiracje, jeśli chodzi o przyszłość swoich terytoriów. Z czego wynikają te różnice?
To w takim razie zacznijmy może od Osetii Południowej.
Nie istnieje odrębny naród południowoosetyjski. Istnieje naród osetyjski. Pamiętajmy, że Osetia Północna jest republiką wchodzącą w skład Federacji Rosyjskiej. I jeżeli w ogóle mówić o jakiejś tożsamości narodowej, to o wspólnej tożsamości Osetyjczyków z Osetii Północnej i Osetii Południowej.
To oczywiście ma daleko idące reperkusje, bo nie dysponujemy badaniami opinii publicznej w Osetii Południowej, które powiedziałyby nam, jakie są nastroje i ilu mieszkańców chce zjednoczenia z Osetią Północną. Natomiast moim zdaniem można zakładać, że Osetia Południowa dąży do takiego zjednoczenia, co z ich perspektywy byłoby zjednoczeniem podzielonego narodu.
W związku z tym Osetia Południowa w zasadzie nie ma ambicji niepodległościowych. Ten podmiot jest po prostu rosyjską ekspozyturą w regionie. Tak na to należy patrzeć.
Czy Osetia Południowa w ogóle mogłaby samodzielnie funkcjonować?
To jest bardzo niewielki obszar, mniej więcej 3900 kilometrów kwadratowych. W dużej mierze to rosyjska baza wojskowa. Nie ma tam żadnych znaczących gałęzi gospodarki poza wypasem owiec na pięknych stokach Wielkiego Kaukazu.
Poza tym Osetyjczycy niespecjalnie mają się z czego utrzymać. Bardzo wielu z nich mieszka po prostu poza Osetią Południową. Region się wyludnił.
Zatem Osetia Południowa ma niewielkie możliwości samodzielnego rozwoju, a jej mieszkańcy nie tyle dążą do niepodległości, ile do zjednoczenia z Rosją. Czy właśnie w tym kierunku zmierzają obecne relacje z Moskwą?
Rzeczywiście w ostatnich miesiącach mieliśmy bardzo duże zmiany. Na początku maja Putin i ówczesny prezydent Osetii Południowej Alan Gagłojew podpisali nowy traktat o pogłębieniu współpracy, który harmonizuje systemy prawne, pogłębia współpracę w dziedzinie obronności, buduje wspólny rynek i w związku z tym to jeszcze nie jest aneksja, ale to jest takie ciche włączanie Osetii Południowej do państwa rosyjskiego.
W ramach tych zmian przewidziano też, że rosyjscy urzędnicy mogą bezpośrednio pełnić funkcje w Osetii Południowej i to zostało bardzo szybko wykorzystane. Wspomniany już prezydent Gagłojew pod koniec czerwca podał się do dymisji i przeniósł się do Rosji, gdzie został doradcą Władimira Putina, a z kolei w czerwcu parlament zatwierdził na premiera Marata Kambołowa, który jest Osetyjczykiem i wieloletnim, wysokim rangą rosyjskim urzędnikiem, nawet przez chwilę był wiceministrem w Rosji.
A jak w tej sytuacji wyglądają wybory w Osetii Południowej? Czy również widać w nich tak silne powiązania z Rosją?
18 września doszło do sytuacji wręcz groteskowej, ponieważ tego samego dnia odbyły się wybory prezydenckie w Osetii Południowej i rozpoczęły się wybory do rosyjskiej Dumy Państwowej. Warto przy tym pamiętać, że zdecydowana większość mieszkańców Osetii Południowej posiada również obywatelstwo rosyjskie.
W związku z tym mieszkaniec Cchinwali mógł jednocześnie głosować na prezydenta nieuznawanego przez większość społeczności międzynarodowej państwa, którym został Marat Kambołow, były rosyjski wiceminister, i wybierać parlament Rosji, czyli państwa, z którym Osetia Południowa dąży do integracji.
To zadziwiająca sytuacja, która moim zdaniem doskonale pokazała skalę zależności Osetii Południowej od Rosji. Jest to relacja typu klient–patron. W mojej ocenie mamy do czynienia z nieuznawanym państwem fasadowym, któremu z rzeczywistej samodzielności pozostało bardzo niewiele.
Abchazja i Osetia Południowa to niewielkie terytoria, które Rosja od lat wspiera politycznie, finansowo i wojskowo. Dlaczego Moskwie tak bardzo zależy na utrzymaniu nad nimi kontroli? Jakie znaczenie mają one dla Rosji z militarnego punktu widzenia?
Dla Rosji Abchazja jest ważna ze względów wojskowych, bo daje jej dostęp do wybrzeża Morza Czarnego. Chociażby baza w Oczamczyrze, która, jak wiele wskazuje, ma być wykorzystywana przez rosyjską marynarkę wojenną, również w kontekście wojny z Ukrainą.
Natomiast Osetia Południowa ma bardzo ważne znaczenie militarne dla Rosji, bo jest takim klinem, mieczem Damoklesa, ciążącym nad Tbilisi. Od linii rozgraniczenia do Tbilisi to jest zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Odległość jest bardzo niewielka, ale w przypadku Osetii Południowej i Tbilisi to są naprawdę dwa różne światy. To było widać w 2008 roku. Myślę, że należy patrzeć na Osetię jako przyczółek, wysunięty przyczółek armii rosyjskiej.
Gruzja, od której oderwały się dwie wspomniane republiki, od lat deklaruje chęć przystąpienia do NATO. Na ile obecność rosyjskich wojsk w Abchazji i Osetii Południowej utrudnia jej zbliżenie z Sojuszem? Czy Rosja może w ten sposób skutecznie blokować gruzińskie aspiracje?
Formalnie Rosja nie ma jakiegoś weta wobec członkostwa Gruzji w NATO. Natomiast w tym momencie Rosja de facto na poziomie strategicznym blokuje dostęp Gruzji do NATO.
To się nie wydarzy, ponieważ obecność rosyjskich wojsk przede wszystkim w Osetii powoduje, że w momencie, gdy Gruzja próbowałaby wstąpić do NATO, może nastąpić kolejna inwazja rosyjska. Chyba że Rosja będzie tak słaba, że nie będzie w stanie jej przeprowadzić.
Czy z perspektywy Moskwy ten układ spełnia swoją funkcję?
Obecność wojskowa z jednej strony zabezpiecza te państwa nieuznawane przed próbą ich reinkorporacji przez Gruzję, a z drugiej strony powoduje, że Gruzja jest wciągana w orbitę wpływów rosyjskich. Więc w zasadzie Rosja zrealizowała swoje cele.
A jak na tym tle wygląda sytuacja Abchazji? Choć również pozostaje ona silnie uzależniona od Rosji, Abchazowie, w przeciwieństwie do Osetyjczyków, mocno podkreślają swoją odrębność. Dlaczego tak bardzo zależy im na zachowaniu niezależności, także wobec samej Moskwy?
Tak, tam sytuacja jest odmienna. Abchazowie są odrębnym narodem, mają swój własny niezwykle ciekawy język, mają własną historię, mają poczucie własnej tożsamości. Już w VIII–IX wieku Królestwo Abchazji było jednym z najważniejszych i najpotężniejszych państw zachodniego Kaukazu.
Wtedy terytorium Abchazji sięgało aż po Kutaisi. Język abchaski ma, różnie liczą językoznawcy, około 50 głosek. To bardzo stary język. To język, w którym wszystko zaczyna się na „A”. Jak się patrzy na słowniki języka abchaskiego, to połowa słownika to litera „A”. Tam wszystko jest na „A”.
To odrębna kultura. Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wielu moich gruzińskich znajomych jest bardzo oburzonych, kiedy to mówię, ale uważam, że Abchazowie są odrębnym narodem.
Żeby była jasność, to nie oznacza jeszcze automatycznie prawa do posiadania własnego państwa. To nie zawsze tak działa. Mamy wiele narodów, które własnego państwa nie mają, o ile państwo, w którym zamieszkują, gwarantuje ochronę ich praw jako mniejszości narodowej.
W Abchazji występuje pewien paradoks: Rosja gwarantuje jej przetrwanie poza kontrolą Gruzji, ale jednocześnie rosnące wpływy rosyjskie mogą ograniczać rzeczywistą abchaską suwerenność. Jak to pogodzić?
Abchazowie są prorosyjscy. To nie ulega wątpliwości, jednak nie oznacza to, że chcą zostać częścią Rosji. Oczywiście bardzo wielu z nich ma rosyjskie paszporty. Około 70 proc. Wynika to po prostu z tego, że na paszporcie abchaskim nie da się pojechać prawie nigdzie. Poza Rosją niepodległość Abchazji uznają jeszcze tylko Wenezuela, Nikaragua i Syria.
W samej Abchazji postępuje rusyfikacja. To jest coś bardzo przykrego, bo na ulicach, choćby
w witrynach sklepowych, częściej widać napisy po rosyjsku niż po abchasku. Ja na przykład nazw tradycyjnych potraw abchaskich nauczyłem się nie w Abchazji, ale właśnie wśród diaspory abchaskiej w Turcji. Bo tam ta kultura przetrwała. To są takie, może się wydawać, trywialne rzeczy, ale one pokazują pewien rytm życia codziennego.
Jest taka organizacja CONIFA, która jest alternatywą dla FIFA. Gromadzi reprezentacje państw nieuznawanych, mniejszości narodowych i etnicznych oraz narodów bez własnego państwa ze wszystkich kontynentów. Organizuje różne turnieje, między innymi mundial. Ostatnio, na początku czerwca, odbyły się takie nieuznawane piłkarskie mistrzostwa Europy, niedaleko Mediolanu.
Mundial w 2016 roku odbywał się właśnie w Abchazji, która była gospodarzem nieuznawanych piłkarskich mistrzostw świata. Zresztą dodajmy, została mistrzem. W bardzo spektakularnym meczu finałowym pokonała drużynę Pendżabu. Więc złoto dla Abchazji, srebro dla Pendżabu, a brąz dla Tureckiej Republiki Cypru Północnego.
Natomiast dla mnie znamienne było to, że szczególnie podczas początkowych meczów Abchazowie na trybunach, dopingując swoją drużynę, krzyczeli nie „Apsny, Apsny!”, czyli Abchazja po abchasku, tylko „Abchazija, Abchazija!” – po rosyjsku. Wyobraźmy sobie, że my jako Polacy dopingujemy naszych piłkarzy, krzycząc „Polsza, Polsza!” czy „Poland, Poland!”. Trudno sobie to wyobrazić.
Jednak mimo wszystko Rosjanie nie są postrzegani dobrze w Abchazji.
Skąd się bierze ta niechęć?
To też wynika z tego, że Abchazja jest bardzo popularnym celem turystycznym dla Rosjan. To jest takie Soczi, tylko tańsze. Zresztą Abchazja była taką riwierą Sowietów w Związku Sowieckim. Palmy, ciepło, dobre jedzenie, świetne napitki, prawda? Można przyjechać na dobry wypoczynek.
Tak zawsze Abchazja była traktowana. To jest też paradoksalne, że była jednym z miejsc w Związku Sowieckim, gdzie najlepiej się żyło. Jak powiedział mi jeden z Abchazów, „u nas lepsze jutro już było”.
Do początku lat dziewięćdziesiątych Abchazja, jak na standardy Związku Sowieckiego, była naprawdę inną ziemią, a dzisiaj jest miejscem w dużej mierze podupadłym. Poziom życia jest tam niezwykle niski. Kiedy jedzie się wzdłuż wybrzeża, widać przepiękne wille i ośrodki wypoczynkowe, które popadły w ruinę.
Chruszczow tam wypoczywał. Zresztą jest taka legenda, choć nie jest to potwierdzone, że właśnie podczas wypoczynku w Abchazji miał się dowiedzieć, że został usunięty ze stanowiska pierwszego sekretarza KC.
Jak rosyjscy turyści zachowują się wobec gospodarzy?
Dzisiaj przyjeżdżają tam rosyjscy turyści, bo jest taniej i zachowują się jak wielkie pany. Traktują Abchazów z góry, nie przestrzegają norm kulturowych, zaczepiają kobiety, upijają się na ulicach.
Więc to są takie napięcia na poziomie bardzo międzyludzkim. A z drugiej strony turystyka jest niezwykle ważną gałęzią abchaskiej gospodarki. Oni muszą przyjmować tych Rosjan, żeby po prostu mieć z czego żyć.
Różnice kulturowe są bardzo widoczne. W Abchazji społeczeństwo jest bardziej konserwatywne. Nawet mężczyzna nie powinien chodzić w krótkich spodniach. My mieliśmy kiedyś problem, bo poszliśmy do jednego z urzędów, chyba do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Było koszmarnie gorąco, środek lata, a my byliśmy w krótkich spodniach i nie chcieli nas wpuścić do budynku. Bo to nie przystoi mężczyźnie. Było to uznawane za bardzo duży brak taktu, brak szacunku do instytucji państwa abchaskiego.
Gdzie ta niechęć przeradza się w polityczny sprzeciw? Niedawno protesty przeciwko rosyjskim inwestycjom doprowadziły tam nawet do dymisji prezydenta. Co wzbudziło tak duży opór?
To był rok 2024. Jesienią została podpisana abchasko-rosyjska umowa inwestycyjna. Chodziło o przyciągnięcie rosyjskich inwestycji, ale umowa przewidywała daleko idące preferencje dla rosyjskich przedsiębiorców, między innymi w zakresie nabywania nieruchomości i korzystania z gruntów.
Więc to miał być zastrzyk pieniędzy dla abchaskiej gospodarki, ale wywołało to gigantyczne protesty. Następnie wybuchły zamieszki. W połowie listopada 2024 roku demonstranci wtargnęli do budynku parlamentu i administracji prezydenckiej, rannych zostało kilkanaście osób. Ostatecznie ówczesny prezydent Asłan Bżania podał się do dymisji. Do dymisji podał się również premier.
To pokazało, że Abchazowie, pomimo tego, że są tak uzależnieni od Rosji, w kwestii ochrony swojej niezależności potrafią się postawić. To oczywiście nie oznacza, że są prozachodni. Nie było tak, że wyszli z flagami Unii Europejskiej. Nawet podczas tych protestów skandowano czasami „Rosja!”.
Abchazja jest uzależniona od Rosji, ale jednocześnie Abchazowie wyznaczyli Rosjanom pewne czerwone linie. Powiedzieli: okej, ale jeżeli chodzi o przejmowanie naszej ziemi, naszych nieruchomości czy likwidowanie naszej podmiotowości, jak ma to miejsce w przypadku Osetii Południowej, to na to nie pozwolimy.
A jak pańskim zdaniem wygląda obecna sytuacja mieszkańców Abchazji? Jak się żyje w tej mieszaninie ochrony i podporządkowania?
Abchazowie nie chcą być częścią Gruzji, nie chcą zrywać z Rosją, ale nie chcą też zostać przez nią wchłonięci. Ja sobie zdaję sprawę, że to wszystko jest dosyć paradoksalne, czasami można mieć wrażenie jakiegoś rozdwojenia jaźni, ale tak to rzeczywiście funkcjonuje.
Jeden z weteranów wojny o niepodległość Abchazji powiedział mi, że z Rosją jest ten problem, że rosyjski niedźwiedź obronił nas przed gruzińskimi wilkami, ale potem tak mocno przytulił nas do swojej ojcowskiej, niedźwiedziej piersi, że nas zadusza, że odbiera nam naszą tożsamość.
To się dzieje.



