„Świat pod napięciem” to autorski cykl rozmów stworzony przez praktykantkę Instytutu Nowej Europy. Jego celem jest merytoryczne, ale przystępne opowiadanie o najważniejszych wyzwaniach współczesnego świata - od wojen i kryzysów, po bezpieczeństwo informacyjne i zmiany geopolityczne. Publikacje powstają na podstawie rozmów z osobami zaangażowanymi w sprawy międzynarodowe - analitykami, dyplomatami, badaczami i praktykami - z myślą o tym, by łączyć rzetelność z dostępnością.
Napięcie narasta w relacjach z Rosją - państwem, które po fiasku doktryny wojny precyzyjnej powróciło do strategii wyniszczenia i nasila działania hybrydowe wobec Zachodu. Czy zachodni analitycy właściwie oceniają realny potencjał militarny Kremla, unikając zarówno jego lekceważenia, jak i ulegania mitowi niezwyciężonej potęgi? W jaki sposób doświadczenia z Syrii posłużyły Rosji do stworzenia modelu biznesowego Grupy Wagnera i Africa Corps? Dlaczego kazus Buczy zrewidował dotychczasowe podejście do obrony terytorium? Co kryje się za technologicznym sporem innowatorów z wojskowym aparatem w ukraińskiej armii? I jak Polska powinna odwrócić wektory myślenia o Przesmyku Suwalskim oraz Królewcu?
Na te pytania odpowiada dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN - doktor habilitowany nauk o bezpieczeństwie, profesor Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, politolog i analityk spraw międzynarodowych. Specjalizuje się w problematyce geopolityki Rosji, konfliktach asymetrycznych oraz bezpieczeństwie Bliskiego Wschodu, ze szczególnym uwzględnieniem wojny w Syrii.
W środowisku eksperckim kojarzy się przede wszystkim z wnikliwymi analizami operacji prywatnych firm wojskowych (PMC) oraz terroryzmu islamistycznego. Jest autorem i redaktorem licznych prac naukowych, w tym monografii: Ruch islamistyczny w konflikcie syryjskim (2011-2021) (Kraków 2024) oraz Syria 2024. Anatomia upadku reżimu Baszszara al-Asada i zwycięstwa opozycji (Kraków 2026).
Weronika Barankiewicz: Chciałabym, abyśmy poruszyli dzisiaj temat tego, jak Moskwa testuje odporność Zachodu - nie tylko w wymiarze wojny w Ukrainie, ale również w szerszym ujęciu. Od tego jednak zaczynają się niemal wszystkie współczesne dyskusje o Rosji. Jak Pana zdaniem konflikt w Ukrainie przeformułował rosyjską doktrynę wojenną? Czy Rosja porzuciła myślenie o wojnie nowej generacji na rzecz klasycznego wyniszczenia, czy te podejścia się przenikają?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Przede wszystkim musimy zdefiniować, co rozumiemy pod pojęciem nowej generacji wojen. Jeżeli mówimy o RMA (Revolution in Military Affairs - rewolucji w sprawach wojskowych), czyli doktrynie stanowiącej fundament sposobu działania Stanów Zjednoczonych i szerzej NATO, to w Rosji tak naprawdę nigdy się ona nie przyjęła.
Wynika to z prostej przyczyny: współczesne zachodnie koncepcje epoki postheroicznej - czy to RMA, czy doktryna operacji opartych na efektach (Effects-Based Operations) rozwijane od lat 90. w USA, Izraelu i NATO - bazują na bezwzględnej jakości wyposażenia oraz wyszkolenia żołnierzy. Pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją istnieje pod tym względem technologiczna przepaść.
Te wojny opierają się na zaawansowanych, niezwykle kosztownych technologiach, których Rosja po prostu nie posiada.
W mojej ocenie na początku pełnoskalowej inwazji Rosjanie popełnili poważny błąd: próbowali naśladować Amerykanów. Uderzenie w pierwszych dniach miało przypominać operacje znane z Kosowa, Iraku czy Afganistanu - precyzyjny atak na ośrodki dowodzenia, lotniska, obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Rosjanie chcieli zrobić to samo, ale nie mieli do tego odpowiednich sił ani środków.
Skala i jakość były nieporównywalne. Dla kontrastu: w 2018 roku podczas uderzenia odwetowego na jedno tylko syryjskie lotnisko Amerykanie I sojusznicy użyli ponad stu pocisków precyzyjnych. Wątpię, czy pierwszego dnia inwazji na Ukrainę Rosjanie wystrzelili łącznie tyle pocisków manewrujących. Ponadto rosyjska technika wojskowa w dużej mierze nadal pozostaje techniką radziecką, a precyzja uderzeń okazała się znikoma.
Dodatkowo Ukraińcy, uprzedzeni zapewne przez wywiad i sojuszników, w porę wycofali się z rozpoznanych pozycji, w efekcie czego Rosjanie uderzali w puste koszary.
Ta operacja załamała się na wielu poziomach. Współczesne kampanie poprzedzają uderzenia cybernetyczne. Rosjanie przetrenowali ten scenariusz w 2007 roku w Estonii, ale od tego czasu Ukraińcy wyciągnęli wnioski. Przy wsparciu polskich i słowackich firm oraz globalnych graczy, takich jak Microsoft, ukraińska infrastruktura została skutecznie zabezpieczona i cyberatak nie przyniósł zamierzonego paraliżu.
Nie powiódł się również rajd na Kijów i próba schwytania prezydenta Zełenskiego. Rosjanie złamali przy tym podstawowe zasady własnej sztuki operacyjnej. Zamiast operować masą i nawałą ognia, spróbowali szybkiej, precyzyjnej operacji w zachodnim stylu, opierając się na błędnym rozpoznaniu nastrojów społecznych. Do tego doszedł paraliż łączności - widzieliśmy to na wielu nagraniach, jak ukraińskie Bayraktary rozbijały całe kolumny pancerne, bo Rosjanie nie mieli świadomości sytuacji w powietrzu.
Kiedy ten plan upadł, Rosjanie wrócili do tego, co znają i na co mają zasoby: do klasycznej wojny pozycyjnej, materiałowej, obliczonej na wyniszczenie przeciwnika. Wrócili do stalinowskiego założenia, że „ludzi u nas mnóstwo”. Czas jednak pokaże, na ile ta kalkulacja okaże się trafna, bo czasy Związku Radzieckiego minęły i zasoby demograficzne oraz materiałowe współczesnej Rosji nie są niewyczerpane. Dziś widać już pierwsze oznaki wyczerpania tego potencjału.
Weronika Barankiewicz: A czy Pana zdaniem Zachód rozumie realny potencjał militarny Rosji? Często popadamy w skrajności: albo demonizujemy go jako niepowstrzymaną potęgę, albo przeciwnie - sprowadzamy rosyjską armię do chaosu, memów i braku technologii.
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Mamy tu ogromny problem poznawczy. Bazując wyłącznie na źródłach jawnych, z tych samych danych możemy wyciągnąć skrajnie różne wnioski. Dobrym przykładem są zdjęcia satelitarne rosyjskich baz magazynowych. Widzimy, że place ze starym, poradzieckim sprzętem pancernym pustoszeją. Jeden analityk powie: położenie Rosji jest katastrofalne, wyczerpała nowoczesny sprzęt i wysyła na front muzealne czołgi, skazując załogi na śmierć.
Drugi, patrząc na te same zdjęcia, stwierdzi: to przemyślana ekonomizacja działań wojennych. Rosjanie, nie licząc się ze stratami ludzkimi, nasycają front bezużytecznym żelastwem, zmuszając Ukraińców i Zachód do zużywania drogich i trudno dostępnych rakiet przeciwpancernych oraz przeciwlotniczych. Zachód wystrzeliwuje się z nowoczesnych efektorów - co widać chociażby po brakach rakiet do systemów Patriot na rynku globalnym - podczas gdy Rosja może oszczędzać zasoby nowszej generacji na późniejszy etap.
Osobiście nie demonizowałbym rosyjskich zdolności. Wojna w Ukrainie obnażyła gigantyczną przepaść technologiczną dzielącą Rosję od państw zachodnich. System Oriesznik, przedstawiany przez Moskwę jako przełomowa nowość, to de facto stara konstrukcja balistyczna pozbawiona jednego członu. Z kolei myśliwiec Su-57, rzekomo samolot technologii stealth, po krótkim epizodzie w Syrii okazał się konstrukcją trapioną przez problemy z niedopracowanymi, starymi silnikami. Rosja do dzisiaj nie była w stanie wywalczyć panowania w powietrzu nad Ukrainą, co w doktrynie natowskiej stanowi absolutny warunek powodzenia jakiejkolwiek operacji.
Jednocześnie przestrzegałbym przed lekceważeniem przeciwnika. Obraz rosyjskiej armii jako nieskoordynowanego chaosu z brakami paliwa to stan z pierwszych miesięcy inwazji. Dziś mamy do czynienia z armią ostrzelaną i zaprawioną w bojach. Skorumpowani oficerowie zostali odsunięci lub wyeliminowani, a na froncie dowodzą ludzie z realnym doświadczeniem współczesnego pola walki.
Co więcej, Rosjanie potrafią adaptować technologie. Owszem, bazują na irańskich Shahedach (Geraniach), ale równolegle bardzo intensywnie rozwijają drony sterowane światłowodem czy o napędzie odrzutowym, w czym zyskują unikalne kompetencje. Robią to w dużej mierze przy wsparciu technologicznym Chin, ale nie można twierdzić, że są niereformowalni. To nie jest „druga armia świata”, jednak wciąż pozostaje potężną, zdeterminowaną machiną.
I właśnie tej determinacji, gotowości do ponoszenia kosztów, na Zachodzie często brakuje.
Weronika Barankiewicz: Z technologicznego punktu widzenia po obu stronach pojawia się mnóstwo doniesień: Rosja deklaruje budowę własnego analogu Starlinka, z kolei ze strony ukraińskiej słyszy się o robotach czy humanoidach mających trafić na linię frontu. Na ile to realne zdolności, a na ile element wojny informacyjnej mającej podtrzymać morale?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Budowa rosyjskiej alternatywy dla Starlinka w obecnych realiach jest mrzonką. To technologie najwyższej próby, wymagające zaawansowanych procesorów, których Rosja po prostu nie produkuje i nie stworzy w rok czy dwa. Posiadają system GLONASS, ale budowa megakonstelacji satelitarnej na niskiej orbicie to zupełnie inna skala trudności. Proszę zauważyć, że zintegrowany projekt europejski idzie z oporami, a nawet amerykańska konkurencja komercyjna napotyka na bariery związane z rakietami nośnymi. Tego typu zdolności Rosja mogłaby pozyskać wyłącznie w głębokiej kooperacji z Chinami, gdzie Moskwa byłaby jedynie podwykonawcą.
Z kolei przypadek Ukrainy jest fascynujący pod względem elastyczności adaptacji. Oczywiście wątki robotów humanoidalnych to w sporej mierze zabiegi wizerunkowe, ale rozwój systemów bezzałogowych przez Ukraińców jest bezprecedensowy. O ile w Rosji innowacje są dekretowane odgórnie, o tyle w Ukrainie wykształcił się niezwykle sprawny, zdecentralizowany ekosystem.
Mniejsze podmioty technologiczne i startupy projektują platformy bezzałogowe bezpośrednio na potrzeby i we współpracy z konkretnymi jednostkami frontowymi. Widzimy to w przypadku naziemnych dronów bojowych czy miniaturowych platform wsparcia, nie mówiąc o bezzałogowcach morskich, które zneutralizowały rosyjską dominację na Morzu Czarnym.
To zjawisko unikalne w skali globalnej: państwo będące stroną militarnie słabszą nie tylko odpiera agresję, ale w toku wyniszczającego konfliktu potrafi od zera zbudować własne, zaawansowane zdolności, chociażby w obszarze dronów uderzeniowych dalekiego zasięgu. I to jest najważniejsza lekcja także dla Polski: bezpieczeństwa państwa nie da się zbudować wyłącznie na imporcie gotowych platform; musimy tworzyć i wspierać własny potencjał przemysłowy oraz innowacyjny.
Weronika Barankiewicz: Ta decentralizacja i startupowe podejście do wojskowości kojarzą się przede wszystkim z Mychajłem Fedorowem - najpierw wieloletnim wicepremierem ds. transformacji cyfrowej, a potem ministrem obrony. Jego próby wdrożenia nowoczesnego zarządzania doprowadziły jednak do ostrego starcia z tradycyjnym, poradzieckim podejściem części generalicji, w tym gen. Ołeksandra Syrskiego. Finałem tego konfliktu było niedawne odwołanie Fedorowa ze stanowiska szefa resortu obrony, co wywołało spore poruszenie społeczne. Czy ten spór innowatorów z wojskowym „betonem” to zjawisko specyficzne tylko dla Ukrainy?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Wszelkie próby tłumienia tej technologicznej inicjatywy to ogromne ryzyko dla walczącego państwa. Doświadczenia młodego pokolenia wnoszą zupełnie inne rozumienie dynamiki pola walki. To zresztą przestroga również dla polskich Sił Zbrojnych, gdzie tradycyjny aparat biurokratyczny często dusi innowacyjność w zarodku. Mamy w Polsce doskonałe podmioty, jak choćby Grupę WB, która uczy się bezpośrednio na froncie ukraińskim i dysponuje technologiami najwyższej próby.
Potrzebujemy jednak elastyczności ze strony decydentów i Ministerstwa Obrony Narodowej, aby opierać się na rodzimej myśli inżynieryjnej, a nie traktować zakupów z półki w Stanach Zjednoczonych jako uniwersalnej odpowiedzi na wszystkie wyzwania.
W Ukrainie dodatkowym obciążeniem pozostaje głęboko zakorzeniona korupcja, obecna od szczebli lokalnych po administrację centralną. To problem, który trawi to państwo od lat i budzi zrozumiały opór społeczny - zwłaszcza gdy w obliczu mobilizacji jedni trafiają na front, a inni unikają służby dzięki łapówkom. Zaufanie obywateli do reformatorów jest duże, dlatego jakiekolwiek konflikty między strukturami tradycyjnymi a nowoczesnymi rodzą natychmiastowe napięcia społeczne.
Weronika Barankiewicz: Przejdźmy na Bliski Wschód. W swoich badaniach naukowych szczegółowo analizował Pan konflikt syryjski. Czy Pana zdaniem Syria stanowiła dla Kremla poligon doświadczalny dla testowania prywatnych firm wojskowych (PMC), takich jak Grupa Wagnera, które dziś - pod szyldem Korpusu Afrykańskiego - operują na szeroką skalę?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Zdecydowanie tak. Choć sama koncepcja korporacji najemniczych ma korzenie zachodnie i południowoafrykańskie (np. Executive Outcomes), Rosjanie zaadaptowali ten model do własnych celów i specyfiki ustrojowej.
Pierwszą, nieudaną próbą był rok 2013 i sformowanie tzw. Korpusu Słowiańskiego w Syrii. Był to całkowity blamaż operacyjny - bojownicy byli fatalnie wyposażeni, nieprzygotowani, a jeden z nich zgubił nawet plecak z dokumentami i kontraktami. Jednak oficerowie tacy jak Dmitrij Utkin wyciągnęli z tego wnioski. Gdy w 2015 roku Grupa Wagnera weszła oficjalnie do Syrii, działała już w zmodyfikowanym modelu hybrydowym.
Różnica między rosyjskimi PMC a firmami zachodnimi jest fundamentalna. Na Zachodzie mówimy o transparentnych kontraktach, jawnych procedurach przetargowych i nadzorze prawnym. W Rosji powiązania miały charakter nieformalno-państwowy. Wagnerowcy szkolili się na poligonach GRU, a wywiad wojskowy weryfikował kadry. Finansowanie nie figurowało w budżecie obronnym - Prigożyn otrzymywał gigantyczne, zawyżone kontrakty państwowe na catering dla armii, z których marża zasilała strukturę najemniczą.
Początkowo wagnerowcy dysponowali sprzętem tożsamym z elitarnymi jednostkami armii rosyjskiej, łącznie z czołgami T-90. Z czasem jednak model ewoluował w kierunku samofinansowania. Wagner zaczął działać w formule koncesyjnej: otrzymywał zadanie odbicia pól naftowych i gazowych (jak w rejonie Dajr az-Zaur), w zamian uzyskując udział w zyskach ze sprzedaży surowców od reżimu Asada.
Ten przetestowany w Syrii mechanizm biznesowo-militarny przeniesiono wprost do Afryki. Choć po buncie z 2023 roku Prigożyn i Utkin zginęli, a formację przeformatowano w Africa Corps pod bezpośrednią kontrolą struktur państwowych, zasada pozostała ta sama. W zamian za ochronę lokalnych junt wojskowych w strefie Sahelu formacje te przejmują kontrolę nad kopalniami złota, diamentów czy innych surowców strategicznych. Syria była laboratorium, w którym Moskwa nauczyła się prowadzić ekspansję geopolityczną metodą outsourcingu, redukując oficjalne koszty państwa do minimum.
Weronika Barankiewicz: Skoro Rosja tak mocno absorbuje swoje siły w Ukrainie i Afryce, jak wygląda obecnie jej pozycja na obszarze postsowieckim? Czy w Azji Centralnej nie obserwujemy stopniowej utraty rosyjskich wpływów na rzecz Chin i Turcji?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: To jeden z najpoważniejszych, długofalowych strategicznych kosztów, jakie Władimir Putin ponosi w wyniku napaści na Ukrainę. Przywódcy państw Azji Centralnej zrozumieli, że Moskwa jest gotowa użyć nagiej siły militarnej, by narzucić swoją wolę sąsiadom. To wywołało wyraźny wzrost asertywności tych republik. Spektakl demonstracyjnego dystansowania się i ostentacyjnego korygowania protokołu dyplomatycznego wobec Putina pokazał, że tamtejsze elity przestały czuć się skazane wyłącznie na Moskwę. Mają alternatywę - Pekin.
Chińska Republika Ludowa oferuje konkretny, kapitałochłonny projekt rozwojowy w postaci Inicjatywy Pasa i Szlaku (Belt and Road Initiative). Chińczycy budują drogi, infrastrukturę portową i nie ingerują w wewnętrzny model sprawowania władzy w danym kraju. Oczywiście elity w Taszkencie czy Astanie mają świadomość zagrożeń płynących z pułapki zadłużeniowej i zależności politycznej od Pekinu - czego jaskrawym przykładem jest Pakistan, który w zamian za chińskie inwestycje musiał całkowicie zamilknąć w kwestii prześladowań muzułmańskich Ujgurów w Sinciangu. Mimo tego bilans zysków sprawia, że Chiny skutecznie wypierają wpływy rosyjskie w sferze gospodarczej.
Jeśli chodzi o Turcję, prezydent Erdoğan konsekwentnie forsuje koncepcję neoosmańską i integrację świata turkijskiego „od Bałkanów po Mur Chiński”. Ankara nie ma jednak potencjału finansowego, by zrównoważyć ofertę Pekinu. Gospodarka turecka od lat zmaga się z głębokim kryzysem i wysoką inflacją, co weryfikuje mocarstwowe ambicje Erdoğana i sprowadza je głównie do sfery dyplomacji oraz symboliki.
Weronika Barankiewicz: Czy to oznacza, że rosyjskie wpływy w Azji Centralnej bezpowrotnie się załamują?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Nie wyciągałbym tak daleko idących wniosków. Rosja pozostaje obecna militarnie - chociażby poprzez bazę w Tadżykistanie - oraz społeczno-etnicznie. Północny Kazachstan do dziś charakteryzuje się dużym udziałem ludności rosyjskojęzycznej. Powiązań historycznych, gospodarczych i infrastrukturalnych nie da się zerwać z dnia na dzień. Zmieniła się jednak jakość tej relacji: to nie jest już stosunek wasalny. Państwa regionu traktują Chiny jako przeciwwagę, dzięki której mogą stawiać Moskwie warunki.
Stany Zjednoczone natomiast wydają się w niewielkim stopniu rozumieć specyfikę Azji Centralnej i poza doraźnymi próbami blokowania chińskich szlaków handlowych region ten nie stanowi dla Waszyngtonu priorytetowego teatru działań.
Weronika Barankiewicz: Widzimy, że Rosja jest zaangażowana na wielu frontach i militarnie słabnie, a mimo to w Europie nasila działania hybrydowe: presję migracyjną na granicy z Białorusią, cyberataki, prowokacje i akty sabotażu. Czy ta eskalacja wynika z realnej siły Moskwy, czy jest raczej efektem słabości samego Zachodu?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Działania hybrydowe, które obserwujemy, to klasyczna wojna asymetryczna, typowa dla podmiotów słabszych - z definicji zbliżona do modus operandi organizacji terrorystycznych. Przemoc terrorystyczna nie służy fizycznemu zniszczeniu całego aparatu państwowego przeciwnika, lecz wywołaniu paraliżującego wstrząsu psychologicznego, destabilizacji nastrojów społecznych i wymuszeniu ustępstw politycznych.
Rosja działa w tej chwili poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego, ponieważ nie ma argumentów do podjęcia konwencjonalnej konfrontacji z NATO. Jej groźby dotyczące „czerwonych linii” zostały wielokrotnie zweryfikowane i straciły na wiarygodności strategicznej. Sięga więc po narzędzia asymetryczne: podpalenia magazynów, akty dywersji kolejowej, kampanie dezinformacyjne czy instrumentalizację migracji.
Wszystkie te operacje cechuje niska kosztochłonność (low-cost). Rosji nie stać dziś na kapitałochłonne projekty projekcji siły. Przypomnijmy: kontyngent w Syrii liczył zaledwie około 5 tysięcy żołnierzy i kilkanaście rotacyjnie naprawianych samolotów, a operacje w Afryce w dużej mierze finansują się same. To dowód słabości ekonomiczno-militarnej Kremla. Tragedia polega na tym, że te niskokosztowe metody są jednocześnie wysoce efektywne. Moskwa doskonale rozpoznaje wrażliwe punkty demokratycznych społeczeństw i z premedytacją w nie uderza, wykorzystując naszą wewnętrzną polaryzację.
Weronika Barankiewicz: Jak ocenia Pan odporność i reakcję państw zachodnich na te zagrożenia? Czy w ogóle zasadne jest mówienie o symetrycznej odpowiedzi - czyli o ofensywnych działaniach Zachodu wymierzonych w Rosję?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: W strukturach zachodnich napotykamy barierę natury doktrynalno-prawnej. Przykładowo, w polskim systemie powołano Dowództwo Komponentu Wojsk Obrony Cyberprzestrzeni - kluczowe jest tu słowo „obrona”. Działania państw demokratycznych są ograniczone normami prawnymi, podczas gdy Rosja prawo międzynarodowe traktuje wyłącznie instrumentalnie.
To nastawienie zaczyna jednak ewoluować. Ostatnie debaty wewnątrz NATO pokazują, że sojusznicy dostrzegają konieczność budowy zdolności ofensywnych w domenie cybernetycznej, opierając się na założeniu, że aktywna obrona wymaga niekiedy uprzedzenia ataku. Część działań o charakterze asymetrycznym zapewne miała już miejsce, choćby pod płaszczykiem operacji kolektywów hakerskich pokroju Anonymous.
Istnieje jednak fundamentalna granica cywilizacyjna. Żadne demokratyczne państwo na Zachodzie nie wyda rozkazu przeprowadzenia cyberataku paraliżującego systemy ratownictwa medycznego czy szpitale w Moskwie - a tego typu bezwzględne uderzenia ze strony rosyjskiej w infrastrukturę krytyczną w Polsce i regionie miały miejsce. I to dobrze, że się różnimy. Jeżeli zrezygnujemy z norm etycznych, zatrzemy moralny wymiar tej konfrontacji.
Weronika Barankiewicz: Jakie są najważniejsze lekcje, które Zachód - a w szczególności Polska - musi wyciągnąć ze sposobu myślenia rosyjskich elit geopolitycznych i wdrożyć do własnych strategii bezpieczeństwa?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Zacznijmy od Polski. Nasz fundamentalny problem polega na tym, że po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie nie zaktualizowaliśmy w sposób kompleksowy dokumentów strategicznych. Dokonujemy gigantycznych zakupów uzbrojenia, jednak brakuje nadrzędnej, zintegrowanej myśli operacyjnej. Kupujemy na przykład 96 śmigłowców Apache - tylko jaka jest doktrynalna koncepcja ich użycia w naszych warunkach terenowych i w dobie nasycenia pola walki bezzałogowcami? Brakuje jasnego zdefiniowania zadań i symulacji operacyjnych.
Największą bolączką polskiego myślenia strategicznego jest reaktywność oraz ukryty defetyzm. Notorycznie oddajemy Rosji inicjatywę: czekamy na ruch Moskwy i wpadamy w panikę. Doskonale pamiętam wizytę w Dowództwie Strategicznym USA w Omaha w 2019 roku, gdy Rosjanie ogłosili wdrożenie pocisków hipersonicznych. Wśród części wojskowych wybuchło zaniepokojenie, że strona rosyjska wyprzedziła Zachód.
Przypomniałem wówczas mojemu rozmówcy starą zasadę: rosyjski urzędnik mówi prawdę tylko wtedy, gdy się pomyli. Rzeczywistość wojny w Ukrainie zweryfikowała te deklaracje - pociski te są z powodzeniem przechwytywane przez baterie Patriot. Zdolności rosyjskie należy analizować chłodno, bez popadania w skrajne narracje.
Musimy odwrócić wektory myślenia. Od lat postrzegamy Obwód Królewiecki i tzw. Przesmyk Suwalski wyłącznie jako zagrożenie dla nas. Tymczasem z punktu widzenia sztuki operacyjnej to Królewiec jest enklawą odciętą, otoczoną przez państwa NATO. Po akcesji Finlandii i Szwecji Bałtyk stał się wewnętrznym morzem Sojuszu, na którym marynarka rosyjska ma marginalne pole manewru. To my powinniśmy posiadać zdolności dalekiego rozpoznania i precyzyjnego rażenia, które w razie rosyjskiej agresji natychmiast zneutralizują Królewiec. Odstraszanie konwencjonalne polega na zakomunikowaniu przeciwnikowi: jeżeli zaatakujecie, zniszczymy wasze siły na waszym terytorium. To samo dotyczy kierunku białoruskiego.
Druga kluczowa lekcja to kazus Buczy. W przeszłości, w myśl koncepcji głębi strategicznej, rozważano scenariusze opóźniania natarcia przeciwnika na linii dużych rzek, takich jak Wisła. Z wojskowego punktu widzenia manewr wciągania przeciwnika i rozciągania jego linii zaopatrzeniowych bywał skuteczny, co pokazała m.in. wojna zimowa w Finlandii. Jednak doświadczenie Buczy całkowicie przekreśla możliwość oddania choćby skrawka terytorium narodowego pod okupację. Wiemy, że armia rosyjska z zasady dopuszcza się ludobójstwa na ludności cywilnej i całkowicie ignoruje międzynarodowe prawo humanitarne. Dlatego obrona terytorium Polski musi być prowadzona bezwzględnie od linii granicy państwowej.
W socjologii zjawisko to opisuje się mianem błędu projekcji lub efektu lustra (mirror effect). Popełniamy błąd, zakładając, że przeciwnik myśli w takich samych kategoriach prawnych, aksjologicznych i humanitarnych jak my. Rosja dowiodła, że nie uznaje tych reguł, a nasze strategie obronne muszą uwzględniać tę asymetrię.
Weronika Barankiewicz: Zwraca Pan uwagę na kwestię przestrzegania prawa humanitarnego. Czy w obliczu brutalizacji wojny społeczeństwa zachodnie byłyby w stanie zaakceptować trudne decyzje militarne, czy raczej narracja o „równości win” osłabiłaby poparcie sojuszników?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Ukraina od początku musiała mierzyć się z tym wyzwaniem. Zachód wywierał na Kijów presję, by armia ukraińska w żaden sposób nie naruszała norm prawnych, argumentując, że pomoc jest uzależniona od zachowania standardów cywilizacyjnych. Sporadyczne uchybienia po stronie ukraińskiej miały jednak charakter jednostkowych incydentów, podczas gdy po stronie rosyjskiej terroryzowanie cywilów i torturowanie jeńców to zbrodnia systemowa.
W przypadku ewentualnego ataku na państwo NATO sytuacja byłaby o tyle inna, że bronilibyśmy bezpośrednio integralności Sojuszu. Nie postuluję oczywiście zawieszenia prawa konfliktów zbrojnych - nasza tożsamość cywilizacyjna musi pozostać nienaruszona. Wojsko musi jednak dysponować jasnym mandatem państwa do podejmowania bezwzględnych decyzji operacyjnych w warunkach wojennych.
Przypomnijmy sprawę Nangar Khel z misji w Afganistanie: w wyniku braku wsparcia wywiadowczego i chaotycznej wymiany ognia polscy żołnierze znaleźli się w ogniu oskarżeń, a państwo zamiast zapewnić im pełną osłonę prawną i rzetelne zbadanie uwarunkowań pola walki, poddało ich wieloletniej stygmatyzacji procesowej. Żołnierz czy oficer podejmujący decyzje w skrajnym stresie bojowym musi mieć pewność, że jeśli działa w dobrej wierze w celu obrony kraju, państwo stanie za nim murem.
Weronika Barankiewicz: Na ile ta percepcja zagrożenia ze strony Rosji jest dziś spójna wewnątrz NATO? Czy państwa południa Europy, takie jak Hiszpania, są w stanie przyjąć naszą optykę?
dr hab. Przemysław Mazur, prof. UKEN: Spojrzenie na architekturę bezpieczeństwa zawsze jest uwarunkowane położeniem geograficznym. Inaczej widzą te kwestie kraje wschodniej flanki, inaczej Berlin, a jeszcze inaczej Rzym czy Madryt. Trzeba jednak przyznać, że polityka Putina doprowadziła do bezprecedensowego zacieśnienia spójności Sojuszu. Zmiana wektora w polityce Włoch pod rządami premier Giorgii Meloni czy twarde stanowisko Francji to zjawiska, które dekadę temu wydawały się mało prawdopodobne.
W przypadku Francji kluczowym momentem zwrotnym nie były kolejne bombardowania Kijowa, lecz wejście rosyjskich najemników do strefy Sahelu - tradycyjnej strefy wpływów Paryża. Kiedy Rosja zaczęła wypierać francuskie interesy gospodarcze w Afryce i destabilizować region generujący fale migracyjne ku Europie, francuskie elity uświadomiły sobie, że z Moskwą nie da się prowadzić polityki opartej na sentymentach.
Dlatego postawa państw takich jak Hiszpania, które dystansują się od zagrożeń na wschodzie, jest wyrazem krótkowzroczności. Z punktu widzenia hiszpańskiego polityka łatwiej wytłumaczyć wyborcy budowę przedszkola niż zakup czołgów na odległą flankę. Jednak bezpieczeństwo europejskie to system naczyń połączonych: destabilizacja Afryki przez Rosję uderza w południe Europy kryzysem migracyjnym z taką samą siłą, jak presja wojskowa uderza w nasz region. Zrozumienie tej współzależności jest warunkiem przetrwania całego systemu bezpieczeństwa transatlantyckiego.
Weronika Barankiewicz: Bardzo dziękuję za rozmowę.





